|
Pracę zacząłem po zrobieniu dyplomu, kiedy to było o nią łatwo. Zakład wytwarzał materiały deficytowe, z limitowanego przydziału. Monopol i brak wszystkiego deprawował. Zaopatrywało się sposobem i sposobem też sprzedawało, a prywata miała warunki cieplarniane. Mimo szeregu zalet ustrój ten był niedopasowany do natury ludzkiej. Nawet dziś narzekając na wyścig szczurów, czy wszystko niszczący walec opłacalności, pamiętam o momentach, gdy rozsadzała mnie energia i inicjatywa, którą z konieczności związałem raczej z działką i domem niż z karierą zawodową. Daleki byłem od myśli o zapisaniu się do partii lub wchodzeniu w układy, dlatego też perspektywy moje nie stały się promienne. Wszelkie próby wyjścia na zewnątrz nie odnosiły skutku. Tak dojrzewała idea podjęcia działalności na własną rękę. Źle się stało, że był to krok desperacki, ponieważ nieprzygotowany. Długi czas zdobywałem klientów i dopiero po kilku latach nie miałem przestojów. Doganiały mnie płatności i zamiast inwestować w lepszych okresach, odnosiłem z żalem nadwyżki. Nie brałem kredytów, bo tak naprawdę nie miałem jasno sprecyzowanej wizji rozwoju. Powiem tak: zdrowy rozsądek, przeświadczenie o własnym szczęściu nie wystarczają, aby poruszać się w realiach gospodarki zwłaszcza pseudorynkowej. Każdemu doradzam, kto chce cokolwiek rozpocząć: biznes plan zrobić i uczyć się ekonomii oraz marketingu pod kątem specyfiki własnego przedsięwzięcia. Warto też wpasować się np. jako podwykonawca, czyli schować ambicje. Złudne jest też to, że nie ma jakby nadzoru nad tobą, tym bardziej czujnym być w samodyscyplinie i planowaniu dnia. Zresztą i przy poszukiwaniu pracy też słusznym jest konstruować sobie grafik, bo czas przez palce się przemyka. Wczucie się w rzeczywistość, wyciąganie wniosków to banały, ale pomaga demaskować swoje iluzje, a poszukiwanie zatrudnienia to modyfikacja poglądów i postrzegania siebie. Wiem, że to nieprzyjemne, ale oczyszczające z ułudy.
Zboczyłem trochę z tematu. Chciałem coś napisać o relacji pracodawca-pracobiorca. Rzadko, kiedy obydwoje mają jasno sprecyzowane wzajemne oczekiwania, co gorsza po zatrudnieniu nie dochodzi do ostatecznej precyzacji. Powoduje to nawał wzajemnych obwiniań, choć mogłoby zaowocować samodzielnym rozwojem pracownika. Niesprawiedliwe opinie kiełkują po obydwu stronach, bo „syty” (zwracam uwagę na względność pojęcia zaspokojenia) głodnego nie zrozumie, lecz i na odwrót. Pracując u kogoś wiedziałem, co kryje się za pozornym powodzeniem właściciela, mam po tym ślady na swojej skórze. Nie wyrobiłem sobie sposobu na więź z dającym pracę, a list motywacyjny nie jest gwarantem szczerości zawartych przekonań. Wiem tylko jedno wstrzymać się do bólu od oceniania po stronie biorcy.
Gdybym rozpoczynał szukanie pracy to rozpocząłbym od metodycznego gromadzenia informacji o lokalnym rynku (sugestia do planu dnia). Tutaj dowcip o noworodku, co bez głowy się urodził. ,,A plecy ma?'' - pyta lekarz- to będzie żyło, czyli warto zanudzać znajomych. Przekonałem się wielokrotnie, że firmy nie zawsze są zainteresowane publikowaniem swojego istnienia. Tutaj też nie ma co się sugerować wielkością, czy tzw. image. Jest to praca detektywistyczna, wymagająca pomysłowości i trochę bezczelności akwizytora. Docierać do decydenta, nawet wejściem ppoż. Asertywność to cecha przydatna w adekwatnym wymiarze, później w pracy. Status bezrobotnego nie jest powodem do wstydu. Nie wierzyłbym też w tzw. programy aktywizacji zawodowej- często są to pozorowane działania dla uzasadnienia istnienia urzędów pracy, choć nie zniechęcam.
Trochę o wszystkim i o niczym, lecz jak komuś przyda się, to życzę szczęścia i pogody ducha.
Redaktor: Wojciech Gołębiewski
dodaj komentarz
przeczytaj komentarze
(
0 )
|